#14. Odważysz się przekroczyć granicę? - Katie McGarry

Zastanawialiście się kiedyś, czy są takie granice, których człowiek nie jest w stanie przekroczyć? Gdybym zadała to pytanie [Uwaga, będzie trochę prywaty] naszym wspaniałym siatkarzom, po drodze przez mękę, jaką przeżyli by wywalczyć awans na Igrzyska w Rio, każdy jak jeden mąż odpowiedziałby, że niemożliwe nie istnieje, a wszystko tak naprawdę siedzi wyłącznie w naszej głowie. No właśnie, co w sytuacji, kiedy nasz umysł, zupełnie niezależnie od nas, zatrzaskuje przed nami drzwi i stawia bariery, których nie sposób przekroczyć, przynajmniej w takim żyjemy przeświadczeniu? Co z blokadami emocjonalnymi, gdy nasze serce wznosi wokół siebie mur i wywiesza na nim ogromny transparent, który razi po oczach neonowym STOP! Na te pytania próbowała w swojej powieści odpowiedzieć Katie McGarry, a czy jej się udało? 

Nikt nie wie, co zdarzyło się tamtego wieczoru, kiedy Echo Emerson z popularnej dziewczyny stała się outsiderką z dziwnymi bliznami na rękach. Nawet Echo nie pamięta całej prawdy o tym strasznym wieczorze. Jedyne, czego pragnie, to aby jej życie wróciło do normalności.
Kiedy pojawia się Noah Hutchins, zabójczo przystojny i wykorzystujący dziewczyny samotnik w czarnej skórzanej kurtce, świat Echo zmienia się w niewyobrażalny sposób. Pozornie nic ich nie łączy. Z tajemnicami, które oboje skrywają, bycie razem jest w zasadzie niemożliwe.
Jednak niezwykłe przyciąganie między nimi nie chce zniknąć. W takiej sytuacji Echo musi zadać sobie pytanie, jak daleko mogą przesunąć granice i co zaryzykuje dla chłopaka, który może nauczyć ją znowu kochać. *


Powiecie, no dobra, ale to już było. Seksowny bad boy, śliczna outsiderka, dramatyczna przeszłość i walka o przyszłość. Macie rację, ale takimi wymogami rządzi się gatunek do jakiego zaliczana jest powieść i nic na to nie poradzimy. Niestety, zdarzają się takie książki, które w dość nieporadny i czasem nieudolny sposób powielają popularny schemat, a potem przepadają bez echa. Owszem, przyjemnie się je czyta, ale żeby podziałały na nas w jakiś wyjątkowy sposób, albo czymś szczególnie zapadły nam w pamięć – no, cóż… tutaj pojawiają się już schody i to naprawdę kręte. Są jednak takie pozycje wydawnicze, które mimo tego powtarzanego szkicu, na którym opiera się fabuła, mają w sobie to magiczne, bliżej nieokreślone i trudne do namierzenia COŚ, które sprawia, że nie są jedynie kolejną marną kopią, ale wprawiając w ruch zakurzone trybiki w naszym umyśle, wysyłają nasze emocje na zupełnie inny poziom i powodują szybsze bicie serca, nieszczególnie się przy tym wysilając. Taką historią właśnie, podzieliła się z nami Katie McGarry.
 
Jeśli, więc oczekujecie zwykłej młodzieżówki, czy romansidła bez większego WOW, to nie jest to odpowiednia lektura dla Was. Przekroczyć granicę to przede wszystkim historia o dorastaniu dwójki życiowych wykolejeńców, którzy na swój własny sposób usiłują poradzić sobie ze skutkami i piętnem przeszłości. To opowieść o nastolatkach, którzy stają w obliczu podejmowania najtrudniejszych decyzji w życiu, szukają swojej tożsamości i nowego, bezpiecznego miejsca w tym pokręconym świecie, raz za razem wymierzającym okrutniejsze ciosy, walczą z brakiem akceptacji otoczenia, pokonują własne lęki i w końcu uczą się co znaczy kochać i być kochanym, poznając przy tym słodko-gorzki smak młodzieńczej miłości.   

„Najgorszy rodzaj płaczu to nie ten, który wszyscy widzą - zawodzenie szlochem na ulicy, rozdzieranie szat. Nie, najgorzej jest, kiedy szlochem zanosi się dusza, i bez względu na to, co się zrobi nie sposób jej ukoić. Jej część więdnie i staje się blizną na tym fragmencie, który przeżył.”

 Barwny język, błyskotliwe dialogi, okraszone subtelnymi uszczypliwościami i zabawnymi przekomarzankami,  pierwszoosobowa narracja prowadzona dwutorowo oraz wątek miłosny przepełniony zmysłowością, czułością, zrozumieniem, pozbawiony zbędnego lukrowania, gdy sceny z udziałem obojga bohaterów, trwających w swoich ramionach, stają się towarem luksusowym, są idealnym dopełnieniem dopracowanej w każdym szczególe wyjątkowej historii. Nie można zapomnieć o mistrzowskim sposobie pisarki na budowanie napięcia wokół najbardziej intrygującej i największej tajemnicy w powieści, której rozwiązania wypatrujemy w niecierpliwością, a kiedy to już następuje, wsiadamy na emocjonalną karuzelę i autentycznie odbiera nam mowę. Ja osobiście nie byłam w stanie w najmniejszym nawet stopniu wyobrazić sobie koszmaru jaki przeżyła Echo, a tym bardziej nie potrafię przyjąć i zaakceptować pojawiającego się w książce usprawiedliwienia nawet, jeśli podparte zostało nieświadomością. Brak skruchy, a wręcz egoizm, z pewnością nie pomagają, a tylko powiększają irytację i wzbudzają wściekłość do tego stopnia, że mamy ochotę cisnąć książką przez pokój, marząc przy tym o jej spotkaniu z twarzą odpowiedniej osoby. I uwierzcie mi, Wam też to przejdzie przez myśl. 
 
A wracając do mojej opinii, muszę zaznaczyć, że na uznanie z pewnością zasługuje również kreacja bohaterów i doszlifowane w każdym calu indywidualne charaktery, w których nie brakowało wad, słabości i lęków. Bardzo polubiłam zarówno trochę niepokornego Noah, który za ciętym językiem i maską wiecznie upalonego beztroskiego chłopaka, mającego wszystko i wszystkich w głębokim poważaniu skrywa dojrzałego, wrażliwego i troskliwego młodego człowieka, który pragnie tylko znów mieć rodzinę, jak i Echo – skrzywdzoną, nieco zagubioną i osamotnioną dziewczynę o wrażliwym na sztukę wnętrzu, która kiedy trzeba potrafiła pokazać pazur i skopać czyjś tyłek, oczywiście w przenośni. Te starannie opracowane detale, autentyczność i pełnokrwistość sprawiłają, że nie tylko główni bohaterowie, ale również postaci drugoplanowe, stały się nam bliższe. Podczas lektury uruchamia się głęboko zakorzeniona w człowieku empatia, przez co wczucie się w ich położenie i wyczulenie na targające nimi emocje, przychodzi spontanicznie i nie jesteśmy w stanie pozostać obojętni na ich losy, nerwowo wyczekując dalszego ciągu. 

„Rany się zabliźniają i nie zawsze masz wrażenie, jakby haratał cię nóż. Ale kiedy najmniej się tego spodziewasz, pojawia się ból, który ci przypomina, że nic już nigdy nie będzie takie samo.”

Z czystym sumieniem mogę napisać, że Przekroczyć granicę to historia, która nie tylko skłania do refleksji i zatrzymania się na moment w codziennym wyścigu szczurów, ale niesie ze sobą niezwykłe przesłanie mówiące o tym, by niczego nie brać za pewnik i doceniać w życiu takie proste kwestie jak stabilizacja i bezpieczeństwo. Katie McGarry w swojej powieści pokazuje, że nawet w beznadziejnym bałaganie, jakim momentami staje się nasze życie można odnaleźć pomocną dłoń, nadzieję na poukładanie wszystkiego do odpowiednich szufladek i miłość, która nie informuje o swoim przybyciu rozłożonym czerwonym dywanem i fajerwerkami, tylko po prostu się pojawia. Autorka uświadamia nam czym tak naprawdę jest „normalność” i że powrót do tego co było zanim nasz świat rozsypał się w pył nigdy się nie uda, bo my w obliczu nowych doświadczeń stajemy się zupełnie innymi ludźmi. Pokazuje czym jest dorosłość, że to nie tylko zmiana fizyczna, ale przede wszystkim duchowa i emocjonalna, która wiąże się z podejmowaniem trudnych decyzji, z którymi nie zawsze jest nam dobrze. Mówi o tym, że zawsze powinniśmy być przede wszystkim sobą, a nie wyzbywać się własnej tożsamości po to tylko by zadowolić innych i dostać w zamian fałszywą akceptację ludzi, którzy nazywają się naszymi przyjaciółmi, bo ci prawdziwi zostaną z nami za to kim jesteśmy, a nie dlatego, że pasujemy do ich nieskazitelnego obrazka. 
 
Dla mnie powieść Katie McGarry to przede wszystkim historia, która udowadnia, że każdą granicę można przekroczyć, trzeba tylko zajrzeć w głąb siebie i znaleźć drzemiącą tam siłę. Bo ona tam jest.  

„Możesz żyć tak, żeby sprawiać przyjemność innym, albo tak, żeby sprawdzić przyjemność sobie.” 


* opis pochodzi ze strony wydawcy
 
_________________________________________________

Katie McGarry, Przekroczyć granice, stron 496, MUZA, 2016
Przekład: Monika Wiśniewska

Udostępnij ten post

Brak komentarzy :

Publikowanie komentarza